niedziela, 20 października 2013

MACERATY, CYPRY, PERUGIE, MACERATY.

Trochę kilometów przemierzonych, trochę miejsc zwiedzonych i trochę poznanych ludzi. Zdanie powtarzane miliardy razy, ale tu też oczywiście musi paść: Gdyby ktoś powiedział mi parę miesięcy temu, że będę na Erasmusie/we Włoszech/na Cyprze to nie uwierzyłabym. :D A jednak. I teraz to wszystko nie jest już tak kosmiczne, jest całkowicie naturalne, nie jest nieosiągalne, a w zasięgu ręki! 

Macerata dupy nie urywa, nie zachwyca, ale też jest spoko. Perugia podniosła poprzeczkę tak wysoko, że znajomi grzejący dupę w Cagliari, czy podziwiający Rzym również zaliczają ją do najlepszych miejsc pod słońcem. Ludzie w porządku, imprezy słabe, ale myślę że wszystko się rozkręci.


chcę się tak cieszyć ciągle! 
znaleźć jakiś powód.
może kogoś, kto będzie powodem.
// "miłości nam potrzeba" //



CYPR!
Bilety kupione w połowie września. Lot 10 października 19:35, powrót 17 października 16:40. Bolonia - Pafos, Pafos - Bolonia.
Jeden z najlepszych tygodni, jakie kiedykolwiek przeżyłam, kto wie czy nie najlepszy. Ze względu na nowe miejsca, widoki, wrażenia  na pewno. Zupełnie inne życie, warto było wydać grube miliony, mimo iż teraz będę biedować...
dzień 1szy, czw.: na miejscu byłyśmy o 23:40 miejscowego czasu. Gdyby nie nasza wtopa z coachem, spałybyśmy smacznie u jakiegoś typasa z Pafos, ale zjebałyśmy i za to przekoczowałyśmy nockę na dworcu, w budce telefonicznej, było bardzo niefajnie.
dzień drugi, pt.: autobus do Nikozji miałyśmy o jakiejś 5:15-5:30, oczywiście kimałyśmy jak szalone. Na miejsce Chwiłka po nas wyszła, super było ją w końcu spotkać! Zrobiła nam pyszną jajecznicę, zwiedziłyśmy jej uniwerek, zrobiłyśmy zakupy. Wieczorem domówka u Włochów, gdzie tylko z ust jednej osoby słyszałam włoski, 50kg makaronu, ostatnie z zielonym pesto. Mega.
dzień trzeci, sb.: troszkę tak powrót do normalności, odespane koczowanie, impreza. Z Karoliną udałyśmy się zwiedzić centrum Nikozji, pospacerować główną ulicą, poszłyśmy sobie do Turcji. xD Kebab pseudo turecki zaliczony. Nie zrezygnowałyśmy też z łażenia po sklepach, gdzie widziałyśmy masę fajnych rzeczy po taniości. Wieczorem karty, chuj, makao, czipsy piwko.
dzień czwarty, n.: Ayia Napa! Zajebista plaża, czysta woda, opalone ciałka. Capo Greko (czy jakoś tak) - piękne klify i widoki, wieczorem imprezownia! Myślałam, że takie rzeczy tylko na MTV. :d

'każdy ma swoje kryteria piękności'.

dzień piąty, pon.: Ciężki powrót z Ayia Napy nad ranem do domu, odsypianie do popołudnia. Potem z Karoliną znów zaliczyłyśmy sklepy, chyba tego dnia kupiłam kozaki (podkreślam, że opisuję pobyt NA CYPRZE :p). Wieczorem coś, czego do tej pory zrozumieć nie potrafię. Telefon do Wikasa z okazji urodzin przyozdobiony prawie gołymi cyckami, które z resztą pomylił z cyckami Chwiłki. Żenada to wszystko. Tym bardziej, że nadal zachowuję się przy nim jak idiotka, nawet będąc tysiące km od niego, widząc tylko przez kamerkę. Co za żałość, Chwiłka użyła w nocy gdy o tym rozmawiałyśmy magicznego słowa 'zakochana', serio..?
dzień szósty, wt.: Rozpoczęty od tortu dla Karoliny i domówki z Polaczkami. Krótki sen, dalej jakieś opalanko w Hiltonie na Jana i zakupki na bogato. Co za absurdalne zdanie! Wieczorem whisky i sangria z Chwiłką, jej bratem i Mileną. Spita Karolina xd, spanko w salonie.
dzień siódmy, śr.: Larnaka - plaża brzydsza niż w Ayia Napie, ale zaliczona! Słone jeziorko, coś dziwnego, ale robi wrażenie. Wieczorem mega bibka w klubie Loca, jak przystało na prawdziwe cebulowe gwiazdy! Haha. Do tego dziwne flirty z Polaczkiem Przemkiem, cholera. Najgorsze, że był taki słodki.


dzień ósmy, czw.: OSTATNI. Krótkie i na szybko zwiedzanie Pafos, a właściwie tylko brzegu Śródziemnego. Smuteczek, że to już koniec. Na lotnisku wszystko gładko poszło, lot może parę minut opóźniony, ale widoki warte czekania. Podniecona chmurami na maksa!

Nie byłybyśmy sobą, gdyby w Bolonii wszystko poszło jak trzeba i nie koczowałybyśmy jakichś kilku godzin gdzieś na dworcach. Najpierw 3h na lotnisku, potem przez odwołany pociąg ponad 6 na PKP. W mieszkaniu znalazłyśmy się koło 10 rano, potem odwiedziny u Mani i Victorii po kompy, czillowy wieczór i odpoczynek przed Perugią.


PERUGIA jak to Perugia, mega. Nie ci ludzie, ale miejsce nasze ukochane. Tony czekolady, fantastyczny zapach, gdzieś tam Gabriel w swym żółtym barze, jabłka na patyku, zielone czekolady, schody, truskawkowa wódka, schody, limoncello, ferrari, pizza od babeczki, schody. Było super, i koczować znów też lubię. EuroChocolate zaliczone! :) Stwierdziłam, że o Davidzie już nie warto wspominać, więc tego nie robię. 


Już prawie odespałam. Nie pamiętam, kiedy spałabym 12 godzin, trochę dziwnie obudzic się o 20tej.
Teraz tylko ogarnąć Learning Agreement i można erasmusować z niczym na bani.
Niech tylko przeziębienie da mi spokój!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz